Jak się długo nic nie pisze to niewiadomo jak zacząć i co pisać. Ostatni bieg określony jako Bieg Sezonu daje tą możliwość, że nie trzeba wracać do paru miesięcy wstecz i opisywać wszystkich imprez w których brałem udział i które szczęśliwie ukończyłem. Było ich kilka: Bieg Turystyczny Czterech Jezior w Skórczu, półmaraton w Żarnowcu z życiówką w tle, II bieg z TriCity dookoła jeziora Wdzydze gdzie Tomka brak motywacji do przebiegnięcia był tak mocny, że ukończyliśmy ten projekt w bardzo kiepskich nastrojach, Maraton Solidarności, jak się okazało później ostatni z cyklu - nie rozumiem czemu, ale ja dużo rzeczy nie rozumiem w tym 40 milionowym kraju, Bieg Westerplatte i najważniejszy z nich Parkrun w którym debiutował mój syn Tymek lat 11 z czasem 26:21 ;-) Wielkie oficjalne sieciowe gratulacje! Pamiętaj o trzech podstawowych zasadach Tomka które przekazał Tobie na starcie: 1. ukończyć bieg 2. nie iść 3. być lepszym od sąsiada ;-)
Nie pamiętam kiedy Tomek powiedział „słuchajcie, byłem na Wigry Maraton, ta sama
ekipa robi Łemkowyne Ultra Trail w Beskidzie, jedziemy?“ długo się
nie zastanawiałem, trzeba było jedynie sprawdzić czy nic w kalendarzu
nie koliduje i zapisaliśmy się cała ekipą TriCity Ultra. Od tego czasu każdy
bieg, każdy trening podporządkowany był pod ten bieg, jak go nazwaliśmy
Bieg Sezonu. W wrześniu Tomek napisał do mnie: „Łemkowyna dużo powie. Naprawdę jestem podekscytowany
naszym pazdziernikowum wypadem mniej wiecej tak jak 30 lat temu mama mi
powiedziala ze jedziemy na plaże do Skowronek (sic!)”. Każdy przeżywał to na swój jedyny sposób, Stasiu szukał
plecaka przez dwa miesiące, reklamując kolejne wcześniej zakupione,
Dominik rozcieńczał sok od Teściowej i zjadał kolejne wegańskie posiłki,
ja z Tomkiem przygotowywaliśmy się bardziej mentalnie przy kufelku
dobrego piwka ;-) ale na poważnie bardzo to przeżywaliśmy i każda
rozmowa musiała zahaczyć o Łemko. Biegałem dużo, średnia z trzech
miesięcy wyniosła ponad 300 km w tym brak treningu przez blisko dwa
tygodnie, przez chorobę i urlop, to drugie bardziej z wyboru. W sumie
brak treningu też jest treningiem ;-) Im bliżej Łemkowyny tym bardziej
przychodziła ochota na bieganie. Tydzień przed biegiem rozpoczęliśmy
cykl naszych Biegów Morsa. Z początku nie chciałem biec bo to jest
jakieś 30 km dla moich nóg. Bałem się, że będzie to za dużo tydzień
przed 70 kilometrami w górach. Czyli respekt był, może to
usprawiedliwiło mnie i pobiegłem z chłopakami. Później uznałem, że był
to strzał w dziesiątkę, taka 30stka tydzień przed jest naprawdę dobra.
Mi dała pewność siebie. Wiedziałem, że jest dobrze. Nad morze mam
praktycznie z górki. Z powrotem jest parę podbiegów, które można poczuć w
nogach. Średnia biegu 5:27 min/km mówiła, że jest forma, zostało tylko
pilnować się żeby nie złapać jakiejś głupiej kontuzji.
Ostatni tydzień dłużył się strasznie, wszystko było już dograne: zakupy, noclegi i to, że w drogę powrotną prowadzi Stasiu ;-D W czwartek pakowanie według listy przesłanej przez Organizatora, reszta nieważna. Piątek, budzik nastawiony na 5:20, miał być spacer z psem, prysznic i wyjazd. Obudziłem się o 5:55 i był tylko prysznic i wyjazd. Drogi w Polsce są coraz lepsze to każdy wie, a kto nie wie bądź sądzi inaczej to trasę prawie 700 km zrobiliśmy w nieco ponad 8 godzin i niech się bawi dalej w polskie malkontenctwo, powodzenia ;-)
Ostatni tydzień dłużył się strasznie, wszystko było już dograne: zakupy, noclegi i to, że w drogę powrotną prowadzi Stasiu ;-D W czwartek pakowanie według listy przesłanej przez Organizatora, reszta nieważna. Piątek, budzik nastawiony na 5:20, miał być spacer z psem, prysznic i wyjazd. Obudziłem się o 5:55 i był tylko prysznic i wyjazd. Drogi w Polsce są coraz lepsze to każdy wie, a kto nie wie bądź sądzi inaczej to trasę prawie 700 km zrobiliśmy w nieco ponad 8 godzin i niech się bawi dalej w polskie malkontenctwo, powodzenia ;-)
Zebrałem się, z pokorą schowałem telefon i pobiegłem dalej. Po zbiegnięciu jak to w górach bywa był kolejny podbieg tym razem wyższy, dłuższy i cięższy. Był to jakiś 10 km biegu, nie myślałem jeszcze o tym, że jeszcze 60 km przede mną czułem się dobrze. Biegliśmy w stronę miejscowości Iwonicz Zdrój gdzie był pierwszy punkt żywieniowy (22 km). Ostatnie 2 km przed nim można było pobiec nawet grubo poniżej 5 min/km co później okazało się najszybszymi kilometrami na trasie. Biegnąc z tyłu usłyszałem znajome kroki. To Dominik, odwróciłem się do Niego i powiedziałem:”wiedziałem, że to Ty” i tak pognaliśmy razem na jedzonko, ja na bułkę z serem (właśnie! Bułka z szynką jest jeszcze w kurtce, muszę ją wyjąć;-), a Dominik na orzeszki. Szybka kawa pół na pół z cukrem (naród kubański byłby ze mnie dumny) i w drogę. Do 40 km miały być wzniesienia, ale nie miały one nas zabić, jednak km już leciały no i błoto, błoto było wszędzie. Później na dobre zadomowiło się u mnie w butach. Mogę śmiało powiedzieć, że je nawet polubiłem, a na 50 km graniczyło to z przyjaźnią. Na tym odcinku poślizgnąłem się, upadłem noga została pod tyłkiem, coś chrupnęło i złapał mnie skurcz mięśnia dwugłowego uda. Jakiś turysta cofnął się mnie podnieść, obok biegnąca Biegaczka spytała: “wszystko, ok?”, wstałem otrzepałem się zrobiłem krok, drugi, mówię:”chyba ok, ale skurcz mnie złapał” zaoferowała magnez. Podziękowałem bo Jej ofertą (DZIĘKI SERDECZNE!) przypomniałem sobie, że mam dwie fiolki i chyba czas je wypić. 3 km przed drugim punktem żywieniowym wypiłem dwa shoty z magnezem i zjadłem banana wypijając pół litra mojego napoju z bukłaka i czekałem, aż zacznie to wszystko działać. Wiedziałem też, że drugi przystanek będzie dłuższy, że muszę dużo wypić i zjeść jakąś zupę, czekoladę. Wbiegłem na niego. Po 10 minutach przybiegł Dominik i tak sobie zjedliśmy po zupce i czekoladce. Wypiłem 2 litry izotoników z wodą, napełniłem bukłak do pełna i trzęsąc się z zimna powiedziałem do Dominika:”ruszamy”. Teraz sobie myślę, że za mało zjadłem podczas pierwszych 40 km i po prostu brakowało mi kalorii. Cóż, pierwszy bieg, pierwsze błędy, a będą pewnie i następne ;-) Stracone AŻ 40 minut, ale miałem nadzieję, że zaprocentuje to na kolejnych kilometrach. Jeszcze był krótki rzut okiem na Endo gdzie jest Tomek i wystąpiło pewne zaniepokojenie, że my na 40 km, a On na 32 km i jest napisane, że biegał. Pomyślałem, że jest parę opcji, albo telefon mu się skończył, albo Endo się “zepsuło”, albo kontuzja, albo niedźwiedź. Gdyby kontuzja to pewnie by zadzwonił bądź napisał smsa, jak niedźwiedź to i tak mu już nie pomożemy;-) (żarcik). Wyruszyliśmy w drogę. Już bliżej końca niż początku, ale jeszcze takich myśli nie miałem, wiedziałem, że teraz najdłuższy podbieg pod SKIBCE - 776 metrów, jakieś około 5 km pod górę.
Jeszcze jedno na odcinku Jasło - Piotrków Trybunalski
jest Carrefour, niestety ani na kredyt ani pod zastaw nie napijecie się tam
;) Takie rzeczy tylko w Belgii kiedy chcemy napić się piwa Kwak "Glass for shoe";-)
Ten zakaz sprzedaży napojów alkoholowych na kredyt i pod zastaw tłumaczy dlaczego w wyposażeniu obowiązkowym na Łemko było 50 ziko w keszu!
OdpowiedzUsuńi nic to nie dało;-)
OdpowiedzUsuńGratulacje i zazdrosy.
OdpowiedzUsuńBanany i czekolada rzondzom. :)
i misie haribo ;-)
OdpowiedzUsuń